Jazda komunikacją miejską (wpis gościnny)

Poniższy artykuł gościnny został napisany przez jednego z czytelników bloga w nawiązaniu do dyskusji, która wywiązała się pod postem Samochód - rzecz zbędna. Zapraszam do czytania i komentowania.

Woman on Bike; Yellow Bus

W związku z pojawiającymi się wypowiedziami typu: "sprzedałem samochód i jest mi lepiej" lub "komunikacja miejska jest lepsza, bo nie ma stania w korku" zdecydowałem się napisać ten felieton. Mam ponad trzydziestoletnie „doświadczenie” w niemalże codziennym korzystaniu z komunikacji miejskiej, więc treść poszła „z marszu”. Gdyby poświęcić na to więcej czasu, to powstałby duży artykuł.

Jazda komunikacją zbiorową, publiczną przypomina podróżowanie wagonami bydlęcymi. Warunki podróżowania są nieprzyjemne, często wręcz skandaliczne. Zazwyczaj panuje tłok, ludzie przepychają się do drzwi, kasowników, otwierają okna, gdy jest zimno, albo zamykają, gdy jest gorąco.

Tramwaje, autobusy, trolejbusy jeżdżą powoli, często się zatrzymują, stale wpuszczając do środka ciepłe lub zimne powietrze. Otacza nas mnóstwo nieznanych ludzi, w tym żuli, dresiarzy, kieszonkowców - aż strach wyjąć telefon lub spojrzeć na zegarek, cały czas trzeba mieć się na baczności i trzymać za kieszenie. Charakterystyczne są stare baby wytrzeszczające gały i komentujące co im ślina na język przyniesie jakby pozjadały wszystkie rozumy. Plotkary mają tak szerokie dupy, że nie mieszczą się na pojedynczych siedziskach. Od gadania mają tak szerokie, spasione gęby, że nie wiadomo co szersze - gęba czy dupa. Niektórzy słuchają wieśniackiej muzyki, która przebija się nawet przez słuchawki dokanałowe. Czasami jakiś lump urządza sobie piknik. Mlaska, szeleści worami i siorbie, pijąc mleko z gwinta. Gimbaza pożywia się chipsami, paluszkami, napojami energetyzującymi, przy okazji zaśmiecając otoczenie. Zdarza się, że dochodzi do tego piwo i elektroniczne papierosy, które co prawda bezpośrednio nie szkodzą otoczeniu, ale sam fakt korzystania z nich powoduje dyskomfort u współpasażerów.

Przejazd przebiega w atmosferze smrodu, mieszanki potu, kału, moczu, rzygowin, tanich perfum oraz dymu z papierosów. Codziennością jest sytuacja, że stoi jakiś ciul na przystanku i kurzy mimo ustawowego zakazu palenia. Następnie wsiada, rzucając palącego się peta pod nogi, a dym wydmuchuje nosem wewnątrz pojazdu już po zamknięciu drzwi. Mimo, że w tramwaju nie pali, to i tak w jego pobliżu nie można wystać. Zdarza się że od niektórych śmierdzi czosnkiem, cebulą (niemalże wali im z ryja jak koniowi spod kija), a także klejami i rozpuszczalnikami. Do tego gadają do siebie i komentują to, co widzą za oknem.

Samo oczekiwanie na autobus potrafi doprowadzić do szewskiej pasji. Rozkład jazdy ma charakter poglądowy, mimo że komunikacja jest opłacana z pieniędzy podatników. Gdyby miał charakter wiążący, to po miesiącu działalności każde przedsiębiorstwo komunikacyjne poszłoby z torbami. Winę za to ponoszą organizatorzy komunikacji. Mimo że są stuprocentowo świadomi opóźnień, stale brną w ten nieefektywny model działania i za to pobierają ogromne uposażenia. Stoimy na przystanku i zastanawiamy się, czy przyjedzie za 5 czy za 10 minut - o ile w ogóle przyjedzie. Stojąc, smażymy się w upale, mokniemy na deszczu, dostajemy po twarzy zimnym wiatrem - bryzą z brudną wodą i ziarenkami piasku od przejeżdżających samochodów. Po głowach wali nam grad, musimy wąchać dym z papierosów i spaliny. Czasem dostępne są siedzenia i wiata. Siedziska zazwyczaj brudne, mokre i połamane. Wiata to tylko nośnik reklam. Często jest tak wąska, że ochroni nas jedynie przed padającym pionowo deszczem - pod warunkiem, że pod nią stoimy sami. Rozkład jazdy jest idiotycznie ustalony, mało zrozumiale opisany, a dana tablica wykonana w sposób trudny do utrzymania w stanie pełnej czytelności, nieodporna na popisanie, podrapanie, poklejenie vlepek, ale również na deszcz, błoto, światło (blaknięcie, odbicia).

W samym autobusie nie jest lepiej. Poręcze są zimne, śliskie, brudne. Zwisające uchwyty - paski uderzają w głowę. Gdy tramwaj trzęsie (nawet na wyremontowanym torowisku!), to można nabić sobie guza lub wybić zęby. Siedzenia są brudne, mokre, niewygodne, często nie ma gdzie dać nóg, bo poprzedzający fotel jest za blisko lub zwrócony do nas przodem, więc osoba z naprzeciwka zajmuje miejsce na nasze nogi. W niektórych tramwajach siedzenia są na półtorej osoby (np. tramwaj model Citadis 100 kursujący liniowo w Warszawie i Katowicach) nazywane cynicznie miejscami dla matki z dzieckiem. Jeszcze w innych tramwajach fotele są podwójne, co powoduje, że osoba siedząca przy oknie podczas wysiadania musi się dodatkowo przeciskać. Gdy okna zaparują, to ludzie mażą po szybach brudnymi paluchami - jakby tramwaj był wycieczkowy i przejeżdżał przez zabytkową dzielnicę.

Ceny biletów są absurdalnie wysokie. Ten sam koszt umożliwia wygodniejsze podróżowanie samochodem na znacznie większe odległości. Powszechnie stosowane są idiotyzmy typu strefy, bilety czasowe, miejskie karty usług publicznych itd. Zdarza się, że ludzie kasują niewłaściwe bilety (w końcu autobus to autobus), wskutek czego są problemy podczas kontroli biletowych. Oznakowanie środków komunikacji (a raczej mobilnych kontenerów reklamowych od wewnątrz i zewnątrz) woła o pomstę do nieba. Numery liniowe są niewyraźne, słabo widoczne z daleka. Na tablicach jest za dużo informacji, która często nic nie wnosi i nie wiadomo gdzie dany autobus jedzie. Numery taborowe są pochowane w reklamach i w razie potrzeby ciężko je odnaleźć. Chyba największym idiotyzmem jest robienie z kierowców i motorniczych handlarzy biletami i punktów informacji pasażerskiej. W przypadku awarii (w szczególności zator tramwajowy) pasażerowie są wypuszczani często ze wszystkich drzwi na raz prosto na ulicę, pod koła pędzących samochodów! W sytuacji nieplanowanego postoju brak jakiejkolwiek ustalonej informacji o możliwości kontynuowania podróży.

Często zmieniane są trasy przejazdu. Ostatnio jest to szczególne związane z tzw. "dotacjami unijnymi" będącymi de facto ukradzionymi ludziom pieniędzmi w postaci podatków i przymusowo wpłacanymi w postaci "składek", a następnie częściowo zwróconymi w towarzystwie medialnej propagandy. Remonty są prowadzone byle jak, towarzyszy im bałagan, chaos komunikacyjny i paraliż części miasta. Objazdy są prowadzone w sposób idiotyczny, bez uwzględniania wielu innych czynników. Zjawiskiem godnym pogardy jest prowadzenie przebiegu linii autobusowych wąskimi wewnątrzdzielnicowymi uliczkami obstawionymi z obydwu stron samochodami, gdzie często dochodzi to czołowego spotkania się autobusu i innego pojazdu, w tym nawet ciągnika siodłowego z naczepą, czyli popularnie ujmując - TIR-a. Zapowiadanie przystanków, trasy oraz komunikaty na wyświetlaczach często nie działają lub są wyświetlane nieprawidłowo, nie w pełni lub w kierunkach przeciwnych niż aktualny przebieg trasy. Monitoring pokładowy służy do inwigilacji, dostarczania sensacyjek populistycznym mediom oraz uwalania kierowców lub motorniczych.

Stosunkowo niedawno pojawiły się głosy o darmowej komunikacji miejskiej i ograniczeniu, wręcz zakazie wjazdu samochodów do centrum miast. Jest to czysta demagogia i populizm. Taka komunikacja nie jest darmowa, tylko finansowana z pieniędzy gminnych. Władze gminne wydają nieswoje pieniądze (przymusowo wyciągnięte od społeczeństwa) na finansowanie środków transportu. Do każdego przejazdu po przeliczeniu na potencjalnego pasażera dopłacana jest pewna kwota. "Darmowość" polega na tym, że taniej wychodzi nieopłacanie dystrybucji i kontroli biletów, ale nadal jest to wyciąganie pieniędzy od ludzi w tym od tych którzy nie korzystają z komunikacji.

To, że komunikacja miejska jest zazwyczaj tańsza, nie jest żadnym argumentem. Poruszając się własnym uniwersalnym środkiem transportu, czyli po prostu samochodem, mamy większą możliwość manewru. Gdyby nie idiotyzmy rządzących nami indolentów, komunikacja własna mogła by być prawie zawsze tańsza i wydajniejsza od publicznej. Wyobraźmy sobie co by się stało, gdyby ludzie niekorzystający z takiej formy transportu nagle przenieśli się do autobusów, tramwajów, trolejbusów, kolei regionalnej, np. z powodu idiotycznych nakazów władzy. Byłby to koszmar dla wszystkich, analogiczny do tego co by się działo, gdyby wszyscy Polacy, którzy wyjechali za granicę, wrócili do kraju – oficjalne bezrobocie w wysokości kilkudziesięciu procent! Dalej twierdzicie, że samochód to zbędne cztery koła?