Nie czytaj książek o inwestowaniu na giełdzie

Książek o inwestowaniu jest cała masa albo i jeszcze więcej. Mnóstwo opisów strategii, systemów, biografii słynnych inwestorów, interpretacji analizy technicznej czy fundamentalnej. Mnóstwo tekstów oraz ilustracji pokazujących jak inwestować i jak zarabiać duże pieniądze.

Właśnie - kwestia zarabiania. Czy to nie jest trochę hipokryzja, gdy czytamy książkę o inwestowaniu kupioną za 100 złotych? Czy to nie jest tak, że większość autorów czerpie wyższe dochody ze sprzedaży swoich książek niż z inwestowania? Trudno to rozstrzygnąć, jednakże coś tu zdecydowanie nie gra, kiedy widzę w sklepie na półce kolejną pozycję kolejnego inwestora, w której trudno znaleźć informacje chociażby o wynikach inwestycyjnych autora.

Pomijając już kwestię wiarygodności autorów - każdy inwestor jest inny i nie istnieje jeden magiczny przepis na osiągnięcie sukcesu. Jeden będzie przeciągał zyski, drugi będzie szybko zamykał pozycję i szukał kolejnych okazji. Jeden woli day trading, długi preferuje inwestowanie długoterminowe. Jeden spodziewa się przebicia oporu, drugi odbicia od niego. Ile inwestorów, tyle strategii i każda z nich jest dobra, dopóki są zyski. Oczywiście są zasady fundamentalne, jak stawianie stop lossów, ale nie trzeba książek, aby się tego nauczyć.

Zamiast czytania książek proponuję przeznaczyć ten czas na praktykę. Na początku najlepiej założyć rachunek demo i próbować, testować, modyfikować nasz styl inwestowania na wszelkie sposoby. Jeśli czegoś nie wiemy lub nie rozumiemy, wtedy czas na zajrzenie do internetu czy książek po niezbędną wiedzę, do której także należy podchodzić z dystansem. Dlaczego? Gdyż może ograniczać nasz punkt widzenia. Jeśli w książce jest napisane trend is your friend, nie oznacza, że zawsze mamy grać z trendem. Trzeba podchodzić do sprawy elastycznie, a każdy moment na rynku jest inny, tak jak każdy inwestor. A rynek jest przecież zbiorowiskiem inwestorów o różnych charakterach i osobowościach.

Podstawowa zasada inwestowania: nie trać

Nigdy nie zapomnę, gdy na początku swojej drogi inwestycyjnej wyzerowałem konto na rynku Forex. To było pod koniec 2010 roku, kiedy spekulowałem na umocnienie złotówki względem dolara, zbierając jednocześnie grosze z dodatniego swapu. Grałem zgodnie z trendem, a wyniki były całkiem zadowalające - do momentu, kiedy Irlandia zaczęła mieć problemy płynnościowe.

Nietrudno zgadnąć, jakie były konsekwencje problemów w kraju dawnego cudu gospodarczego. Wartość polskiej waluty poleciała na łeb, a ja nie chciałem zaakceptować straty, licząc po cichu, że kurs wróci do trendu, pozwalając mi zarobić. Zresztą popełniłem wtedy szereg innych błedów - od nieustawienia stop lossa zaczynając na uśrednianiu kończąc. Przecież złotówka jest za tania - myślałem przy kursie USD/PLN w okolicach 3,00, dokupując kolejne części lotek. Po kilku dniach z mojego tysiaka na koncie nie zostało nic, a ja otrzymałem surową lekcję inwestowania.

Lekcję bardzo przydatną - rzutującą na mój obecny, zachowawczy styl inwestowania. Strata była także jedną z motywacji do powstania tego bloga, który częściowo miał za zadanie okiełznąć chaos w głowie.

Nawet posunę się do stwierdzenia, że warto raz w życiu wyzerować sobie konto. Warto popełnić wszystkie błędy młodości drobną kwotą, aby wyrobić w sobie nawyki chroniące nas przed stratą. Przede wszystkim to stawianie stop lossów możliwie najbliżej ceny rynkowej - zależy od zmienności rynku. Lepiej kilka razy dać się złapać na stopa, by potem za jednym razem odrobić wszystko z nawiązką, niż zarobić 10 razy pod rząd i następnie raz wszystko stracić.